Link 01.03.2008 :: 17:54 Komentuj (4)
i oto chwale pana naszego za to, ze dal mi zdolnosc wyslawiania sie poprawnego, a nie w sposob uwlaczajacy jezykom wszelakim, bom zaobserwowal tu i owdzie degeneruchow polonistycznych, co to bieglej wladaja nozem nizli gwara ojczysta.

i kurna mac arcydzielo na glowie mej powstalo, co to z mona lisa rownac sie moze, a joanna leonardem da vinci wsrod fryzjerow jest. i klaniam sie do jej nog, za to, ze jest.

dol wykop. i zakop. a wiatr niechaj wieje. i requiem mozarta jej na droge do robakow.

Link 02.03.2008 :: 19:41 Komentuj (2)
slow ktorymi mowia tubylcy
szabadabada szabadabada

alicja majewska tak spiewala. osobom chetnym do udzielenia mi pomocy, gdzie tubylcy mowia szabadabada szabadabada, bede dozgonnie wdzieczny. ach.

wiac mialo tak w pizdu i nazad, a tu nic, pare galazek polamalo, a ja sie juz nastrajalem, ach jak ja sie nastrajalem, ze podroz lotnicza odbede, wraz z calym moim dobytkiem na ukraine polece, na ukraine, gdzie w stepach me korzenie.
i kurwica mnie teraz zalewa, bo sie na caly ten wiatr oficjalnie obrazam, na caly swiat takze, na te wszystkie prognozy, co to nas na najgorsze przygotowuja, co to w nas przerazenie maja zasiac, co to nas do wykupienia zapasow wody mineralnej w butelkach i podpasek ze skrzydelkami naklonic maja. kurwy nie caluja nigdy w usta. a to kurwy to.

i na srebnych skrzydlach pozegluj w pizdu.
a niechaj cie opetaja mysli, co strach wzbudzaja.

radia nie slucham, no moze tylko podczas kapieli, bo nie chce mi sie sprzetu nosic calego ze soba, by sie nasluchac the knife i innych takich, takich, takich. oni w radiu nosowskiej nie puszcza, albo ja o takiego radia istnieniu niewiele wiem. oj niewiele.

torami do ciebie potocze sie jak kamien z gory.

Link 05.03.2008 :: 22:25 Komentuj (7)
kazdego poranka budzony spiewem jakiegos mechanicznego, miejskiego slowika, otwieram oczy i smuge swiatla zauwazam, co droge mi wskazuje wprost z lozka do okna, zacheca swym blaskiem, do wspiecia sie na parapet, rozlozenia ramion i przygotowaniu do lotu. z ma dziecka naiwnoscia czasami daje sie skusic na jej zaloty, lecz w pore nadchodzi opamietanie i wracam z powrotem na ziemie. nie ma czasu w tym szarym swiecie na odrobine szalenstwa, braku roztropnosci. gubie swoje mysli w tym zabojczym tempie i wyscig szczurow przegrywam przez nie stawienie sie na starcie, bo gdzie ja do tego swiata, ktory z daleka wyglada na obcy i brudny. brudem sie brzydze. zza mgly wygladam i nocy szukam gwiazdy najjasniejszej, lecz niebo spowite chmurami, ktore wiatr rozgania na wszystkie strony swiata. chcialem byc kiedys takim powiewem. dzisiaj chce byc soba, a to chyba najtrudniejsza z rol aktorskich, z jakimi przyszlo mi sie zmierzyc. zakasam rekawy i bede walczyl o pierwszy plan. sam ze soba. z maska tragiczna. z maska liryczna. z maska moja. kazde slowo staje sie dzwiekiem z plyt vangelisa. a mysl kazda moze byc krojona nozem na male kawalki. kazdy pocalunek smakuje inaczej. nostalgia przegnana precz, odeszla bez pozegnania, a wspomnienia, te najczarniejsze z adamaszku i skaju, sa teraz w rurze kanalizacyjnej. wkrotce doplyna do morza zapomnienia. metaliczny deszcz na mnie pada. a serce jest w rozkwicie. spogladam za siebie i widze tamte wszystkie zle chwile. zapominam. lecze sie z przeszlosci. zadna benzodwuazepina szczescia nikomu nie przyniesie. oczy twoje na tamten moment benzodwuazepinowa dzisiaj nie robia na mnie juz wrazenia. litosci nie mam. szmata nie bede juz nigdy, bo sobie na to nie zasluzylem. order sobie sam przyznam, za postawe dzielna. kochac i wiernym byc. byc przeklinanym i zdradzanym. pietrza sie spodni moje pary. pietrzy sie sterta notatek. zbyt silne pragnienie pozostania w tym miescie, co urocze nie jest wcale, jednak jest w nim jakas magia. walcze. walcz. wiec walcze. znuzenia praktycznie nie odczuwam. znudzenia takowoz.

pod koldra utkwilem na dluzsza czesc nocy. poduszki pod glowa ulozylem, tak by zly sen mnie nie zaskoczyl. a zle sny przychodza czesto. apokaliptyczne wizje. smierc. kataklizm. najczarniejsza ich postac. zweglone ciala. wszedzie ogien i ciemnosc. i ja sam posrod zniszczen. zywy jedyny czlowiek. a moze juz niezywy ?
sny budza mnie soba, swoja wymowa przewaznie o godzinie czwartej, kiedy to na dworze jest jeszcze ciemno, kiedy w pokoju widac jedynie swiatlo latarni ulicznej (nie uwolnilem sie od niej, wraz z miejscem zamieszkania). lubie odglosy miasta, kazdy klakson samochodu, dzwiek ambulansu, choc zwiastuje cos zlego. noca - aleja jest pusta. jeden samochod na dziesiec minut. w dzien tetni zyciem. choc pieszo malo ludzi przechodzi, a z okna mam dobry widok. moglbym obserwowac. o pierwszej kobieta na skraju zalamania nerwowego, badz tuz po nim, w bialej czapce i kurtce, uprawia jogging, co piec krokow staje. trzy klasniecia. idzie klaszczac w dlonie. w dzien jej nie widac. spokoju szuka. noca czarna sploszona przeze mnie, co z okne bezczelnie sie na nia gapie. nie krzycze nic jednak. nie mowie. nie dogryzam. kiedys bylem bliski, tego kim jest ona. a sasiedzi przez palce na jej zachowanie nie patrza. docinki szerza. rzucaja marchewka, ziemniakiem. smieja sie. jak planety sie smieja z ksiezyca ziemskiego.

na moim parapecie stoi lampka. kupiona w szwedzkiej sieci ikea. cieple swiatlo wskazuje z zewnatrz na moj pokoj. prawie dziwkarska sygnalizacja. lubie ten pokoj. ten parapet. to moj azyl. moja nora. tu jestem bezpieczny, wraz z progu przekroczeniem przedpokoju, ta oslona znika. jestem bezbronny. boje sie kazdej sciany i kazdego lustra. kazde drzwi skrzypniecie krzyczy do mnie, ze mam sie bac. brakuje mi tutaj pelnej swobody, samotnosci kompletnej, gdy nikogo nie ma noc cala i dzien caly. stol z kubkiem, brylantyna do wlosow, indeksem i plytami. na podlodze paczka papierosow. trzy butelki wody mineralnej. wino. zywiec piwo w puszce. na lewo ode mnie.
na prawo sciana.
na wprost ksiazki moje piekne. kolekcja machiny. t-shirty za szyba ulozone. kosmetyki, ktore polke cala dostaly - choc glownie stoja tam perfumy. w rzeczywistosci zmiescilyby sie w malej szufladzie. nie cierpie tego aj waj wokol urody. tego pieprzonego kultu ciala. plan deaktualizuje sie osiemnastego. a obrazek od gabi przypomina chwile mile, ktore na zolto bym namalowal.


twilight
dama swoj ciemny jesienny plaszcz ubrala,
zatkala palcem tunel metra.
ludzie zatrzymali sie w biegu.
okrycie jej zlotymi guzikami wskazuje droge w ciemnosci.
sznur samochodow.
ostatni tramwaj mknie po szynach.
nie uslyszysz spiewu ptakow.
za oknem zobaczysz siebie posrod mroku.
kokarda przepasana krolowa nocy.
drzewa zamykaja nad toba swe dlonie.
wiatr szepcze do ucha.
szukasz drogi do domu.
palcem wodzisz po mapie
w swietle ostatniej zapalki.
zapalniczki nikt ci o tej porze
nie uzyczy.
czekasz.
na jutrzenki hrabine.
poczekasz.
ona nie nadejdzie.
juz nigdy.


Link 15.03.2008 :: 12:09 Komentuj (4)
lubie, kiedy swieci slonce, kiedy jego promyki przebijaja sie przez zaciagniete zaslony tak jakby walczyly o zycie. mam nad nimi wladze. moge je wpuscic, albo zamknac im droge. piatek z gatunku tych strasznych, gdy nie moge robic co chce, gdy nie moge postawic na swoim. najchetniej spakowalbym sie i na weekend pojechal do domu, lecz jaki ma to sens, gdy w srode tak czy siak juz pociag na mnie czeka, juz konduktor bilet sprawdza, a na stole mazurki leza.

trzysta trzydziesci kilometrow od wlasnego lozka i od ciszy. od psa i kota. blizej nad morze, ale dalej w gory. do wolnosci droga ta sama. daleka. ruchy frykcyjne slychac zza drzwi, co to je persona non grata uskutecznia po raz wtory. noclegownia czy inny czort. swieca ploniem swoim twarz ma oswietli, a papieros na skorze blizne zostawi.
dym wszedzie sie unosi, z nosa wyplywa. to lepsze niz valium.

stukot tramwaju za oknem. i odglosy pedzacych samochodow, co zmierzaja na poludnie.

Link 19.03.2008 :: 23:32 Komentuj (2)
stos cieplych smsow, ktore gdyby byly listami zapelnilyby cale pudelko po butach, co to mi je w chwilach odpowiednich, z wyczuciem pewna czar-ownica wysyla, bym przez dzien mogl isc z usmiechem na twarzy, pomimo zamieci snieznej jaka dzisiaj w drodze przez polski napotkalem. i pachna jak tulipan, jak bratek, jak wiosna, co nadejsc nie moze, bo ja ciezka pierzyna bieli zazdrosna zima nakryla.

i ciepla dom w polaczeniu z butelka wody mineralnej, co to nia toast wzniose za podroz szczesliwa, co to ja ku chwale mej osoby odbylem, co to ona dla mnie nie byla az tak wycienczajaca. i wypadek widzialem, auto zmasakrowane w sposob potworny, przed ciechocinkiem. ktos sie spieszyl. nie dojechal.

oczy swoje zmruze i sobie przypomne, kilka miejsc na ziemi, gdzie bylo mi milo.

Link 20.03.2008 :: 21:06 Komentuj (5)
zabawnie jest spogladac spod okularow, ktore maja niebieskie szkla, a nawet zielone, na czarne zycie obecne monroe panny, ktora onegdaj taka perfekcjonistka byla, taka ulozona dziewczynka, ktora z kazdym problemem sobie radzila. taka losu kolej, takie zycie jest. nasza kochana przyszla slawistka specjalizujaca sie w jezyku serbskim cierpi poniekad, a ja z niej podle ach podle sie wysmiewam, klecac niepoprawne zdania.

bialo kurwa jest i snieg wszedzie sie do wszystkiego przykleja, taki mokry, niezmrozony, co to go nie chce miec za podwinieciem spodni, za kapturem. i to jeszcze tydzien zimy wiosna, wiosna biala, taka niby niewinna, a przeciez kazdy wie, ze wiosna to najbardziej rozwiazla pora roku, gdy w lasach, parkach wszystkie krzaki zdaja sie poruszac. choc harcerkom zadna pogoda niestraszna, co wielokrotnie udowodnily.

zimno mi jest i pocalunkow potrzeba by mnie rozgrzac. takich namietnych po szyi. nic wiecej nie napisze, bo erotyk z tego jakis wyjdzie, jakas pieprzona pornografia, co to ja sie nia oficjalnie brzydze, co to ona dla mnie wynaturzona jest, a proba przeniesienia do sypialni tych wszystkich pozycji konczy sie urazem kregoslupa, badz uderzeniem piersia podskakujaca w rytm tantrycznej muzyki prosto w twarz.

bozena kurwa. bozena dziwka. podpisano bozena lat czterdziesci
maslowskawitkowskapilchtokarczukgrochola
kwiat polskiej literatury, co to sie mizdrzy do mnie z ekranu te fal enu. co to oni tam w programie pokroju szescdziesiat szesc skandali sie dziela swymi wrazeniami, do piora rodacy. do piora. a nie pierdololo po telewizjach. kiedys to siedzieli w barach literaci, przepraszam w kawiarniach, restauracjach, badz opium zazywali, bo wszyscy to narkomani byli, a bialoszewski to nawet pederasta, a teraz rozrywki inne maja, teraz to nie zdziwie sie jak witkowska bedzie sprzedawala tonik do demakijazu, a maslowska farbe do wlosow, grochola depilator, tokarczuk zel do higieny intymnej, a pilch, pilch nie moze nic reklamowac, bo reklamy alkoholu w polskiej telewizji sa zakazane. i upadl czlowiek pod dworcem centralnym, a celinska spiewala na wszystkich dworcach swiata.

a teraz pierdolne sie spac, bo mnie glowa boli. cisnienie skacze, czy jak ?

Link 22.03.2008 :: 10:58 Komentuj (3)
snieg roztopil sie tak szybko jak spadl. swieci slonce. drzewa kolysza sie w rytmie nadawanym przez wiatr. a ja kolejny raz jestem wkurwiony totalnie, a do torunia wracac tym razem nie chce. no chyba, ze do spokojniejszej atmosfery. glowa wale o sciane, zeby sobie wybijam, a trupy ostatnich wojen mi w tym przeszkodzic probuja.

truchlo krolowej jadwigi juz nie ma na sobie tyle zlota co kiedys, a jej twarz straszy nawet pracownikow prosektorium. krakowskie przeklenstwa na usta sie cisna, a chcialoby sie poznac inne. nakarmie ja nerwosolem. a glowa jej mur przebije. koszmarne sny w swej grozie wciaz na posterunku, a zycie czasami ksztalty takiego koszmaru przybiera. nie zatanczysz juz ze mna, bo czasu na to mi brakuje. dom. dom. dom. i moj kot. i moj pies. a mozg jak trampolina, odbija wszystkie mysli dobre.

wszedzie tylko dzieci z koszyczkami. dorosli z koszykami. mohery z koszami.
a bezdomni w koszach.


Link 24.03.2008 :: 00:18 Komentuj (3)
pobij dwie kwiaciarki na rynku, a podaruja ci one trzy zonkile, a potem tego szczura, co go widzialem jak wracalem z kredensu i ugotuj na ogniu, tylko go nie przypal, bo bedzie to rarytas w porownaniu z tym co przyjdzie ci jesc wkrotce. kijem wisly nie zawrocisz, a wisla zawsze na polnoc plynela bedzie, nigdy na poludnie.
szampanem sie upije dwa razy za twoje zdrowie, bys w mekach nie cierpiala, w swym stanie osowialym, o slawiona. trzy historie milosne napisz o sobie samej, co w ramy kiczowatego romansu z rozowa okladka je wcisniesz. tys malwersatorka. tys okupiona wina swiata calego.

szyja ma gotowa na twoje pieszczoty, co zwyklas je uprawiac noca, gdy nikt nie patrzy, wampirzyca ma jestes, co jej serce korkiem osikowym przebije, badz zaslone uchyle bys sie spalila. a kwiat na twoich prochach zaden nie wyrosnie, a ziemia sucha bedzie.

na niebie chmurami napisze, ze imie panny-monroe-natenczas-nader-wspanialej jest imieniem przez boga nadanym, bo ona jak izyda i inna mata huaca, co to ja czczono w szesciu zakatkach swiata, a twarz jej jak wenus, a cialo jak afrodyta. janusem jestem dla niej, bogiem rzymskim, co dwie twarze mial, bo na bostwa poganskie slowianskie kwalifikacji nie mam. a cisza umyje jej oczy, a cisza nakarmie jej spragnione cialo. obys zdrowa byla i plodna.

historyjki o sobie na plecach wytatuuj, bo tam te magiczne inkantacje pasuja, bo nikt inny juz w nie nie uwierzy, bo sie wydalo, bo szydlo z worka wyszlo bolesnie dla ciebie, a plesn teraz kartki twojego zeszytu pozre, a bedziesz sama zgnila lezala w grobie. amen.

i swieta uplywaja w szybkim tempie, a jedzenie ubywa blyskawicznie.
mazureksernikmakowiecjablecznik. cukiernia na moim stole.





2006 8 9 10 11 12
2007 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
2008 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12







bo own mjo pap aut last ont